I góry …i morze… tylko jastrzębi brak ;) Jastrzębia Góra

Chwilę temu się z Wami dziś już witałam, więc nie będę się powtarzać. Ciążą mi na sumieniu zaległe wpisy ( nawet z tamtego roku) dotyczące przepisów, ale też i miejsc, które odwiedziłam kulinarnie. Długa majówka daje mi szansę, z której zamierzam skorzystać 😊 A teraz jeszcze „świeżynka” sprzed paru dni. Tym razem trafiłam do Jastrzębiej Góry. Miejscowość nadmorska i typowo turystyczna, ale jeszcze przed sezonem, więc wszędzie pustki.  Nie miałam niestety zbyt wiele czasu na zwiedzanie czy nadmorskie spacery, bo zajęcia na warsztatach, na których byłam, trwały długo i niewiele czasu można było wygospodarować. Nie mniej jednak  krótki spacerek po plaży zaliczyłam. Ale już na kulinarne zdjęcia czasu zabrakło ☹ A teraz już zapraszam do obejrzenia nadmorskich fotek 😉

DSC_0991

Zobacz więcej

Buła ze „schabowszczakiem” czyli wpis na wesoło ;) :)

Hejka😊 Dzisiejszy wpis to wspomnienie ostatnich dni. Jechaliśmy sobie we czwórkę na takie „szkolonko”. Gdzieś na trasie między Poznaniem, a Jastrzębią Górą kolega poczuł głód – to normalny objaw 😉 Zachwalał kanapki, które wcinał, a które przygotowała mu żona.  Ponieważ zbliżaliśmy się do celu, a ja nie miałam żadnego kulinarnego zdjęcia do kategorii „Z podróży małej i dużej,” zapałałam ogromną chęcią uwiecznienia tego przysmaku.  Oczywiście musiałam kawałek spróbować – naprawdę smaczna i taka prawdziwa, jest kotlet, panierka, masło  – tak jak trzeba😊 Współpasażerowie i właściciel kanapki nie wierzyli, że trafi ona na bloga….I co? Nie jest Wam łyso teraz? 😉 Dziękuję Wam za miłą podróż i pozdrawiam… Ula, Karol, Rafał.

Ps. Przepraszam za jakość zdjęcia, ale warunki w jadącym po polskich drogach samochodzie… są jakie są.

DSC_0988

Zobacz więcej

Zimą nad morzem…

Cześć 😊 Zgodnie z tym, co obiecałam, kiedy wcześniej tłumaczyłam się z mojej nieobecności na blogu,  dziś relacja z mojego zimowego wypadu nad morze. Było zimno, wietrznie i pochmurnie. Smutno wygląda miasteczko turystyczne, gdzie wszystko jest takie wymarłe i brak atrakcji. Ale doborowe towarzystwo zrekompensowało te niedogodności i można było na chwilę odetchnąć od codziennych obowiązków.  Oczywiście, jak już chyba wcześniej wspominałam we wpisie z tamtego roku, nie „zaliczam morza” dopóki nie zjem świeżo uwędzonej i jeszcze gorącej ryby maślanej zapijanej piwem irlandzkim. Tak też się stało i tym razem 😊 Tak więc będzie trochę o morzu, trochę o jedzeniu i trochę o moich nowych przyjaciołach. Zapraszam na krótką wędrówkę 😊

DSC_0161

Zobacz więcej

Kętrzyn…zamek krzyżacki…pączek z wątróbką i pulpety z dzika w „Zajeździe pod Zamkiem”

Rozjeździliśmy się po okolicy, a tu na miejscu w Kętrzynie są też miejsca, które warto zobaczyć, odwiedzić… spróbować 😉 I to właśnie uczyniliśmy w pierwszy dzień ostatniego tygodnia pobytu tu. Zwiedziliśmy bardzo urokliwy zamek krzyżacki, jest to budowla gotycka pochodząca z drugiej połowy XIV w. Zobaczyliśmy też  monumentalną Bazylikę Kolegiacką św. Jerzego, najlepiej zachowany kościół obronny na Mazurach. A uczta tym razem była w Zajeździe pod Zamkiem, który kilka lat temu przeszedł rewolucję Magdy Gessler.  Spróbowałam pulpetów z dzika w sosie własnym z dodatkiem grzybów, ziemniakami i surówką buraczaną. Pulpety bardzo mięsne, z posmakiem lasu czyli wyczuwalną nutką jałowca, kremowym sosem – dobrze doprawione. Kolega tym razem poszedł w klasykę czyli kotlet schabowy, olbrzymich rozmiarów, dobrze wysmażony bo przyjemnie chrupał i zasmażana kapusta. A czymś niepowtarzalnym były pączki …z wątróbką. Tak, z wątróbką, nie pomyliłam się 😉 Smak dla koneserów, ciekawy, nietypowy – myślę, że wart spróbowania.

DSC_0329

Zobacz więcej

Mikołajki, filet z suma… łabędzie i zachód słońca ;)

Po tak trudnej lekcji historii,  słońce i chęć zwolnienia kroku po zwiedzaniu rozległej kwatery zaprowadziło  nas do Mikołajek. Miejscowość nieduża, typowo turystyczna, a o tej porze roku jeszcze trochę ospała, ze znikomą ilością turystów – co akurat w tym momencie działało na plus. Można było spokojnie siąść w restauracji, nad brzegiem jeziora i złapać jeszcze trochę promieni słonecznych…no i oczywiście wszamać coś 😉. Tym razem wybrałam filet z suma z sosem borowikowym, cząstki ziemniaczane zapiekane z  ziołami i surówki. A mój kolega dla odmiany osłodził sobie życie spoooorą porcją lodów. A potem były łabędzie i  śliczny zachód słońca… no i niedziela zaliczona 😉

DSC_0284

Zobacz więcej

Porządna lekcja historii… Wilczy Szaniec

W sobotę było pięknie – słonecznie, ponad 20 st. ciepła, no więc krótki rękawek i w świat. Niedziela równie ładna, więc kolejna wycieczka zaliczona, tym razem to Wilczy Szaniec czyli położone w sercu Mazur ruiny kwatery głównej Adolfa Hitlera. Kiedyś, jak „mówi” Internet, było tu  200 budynków, w tym baraki, schrony, elektrownia, dworzec, wodociągi, ciepłownia, centrale dalekopisowe i mieszkało 2000 osób, w tym: Adolf Hitler, Hermann Goring, Heinrich Himmler, Martin Bormann, Wilhelm Keitel, Joseph Goebbels. Tutaj też w 1944 r. pułkownik hrabia Claus Schenk von Stauffenberg dokonuje  nieudanego zamachu na Adolfa Hitlera. W chwili obecnej są to już tylko ruiny, ale kiedy trafi się na taką przewodniczkę – pasjonatkę ( na którą na szczęście myśmy trafili) historia ożywa na nowo.

DSC_0261

Zobacz więcej

Krem kasztanowy, wyborna kaczka, restauracja w „Hotelu Krasicki” i zamek w Lidzbarku Warmińskim…

Kolejny dzień przygód historyczno – kulinarnych 😊 Tym razem zamek biskupi z XIV wieku w Lidzbarku Warmińskim, jeden z  najcenniejszych zabytków  architektury gotyckiej w Polsce. A kulinarnie –  restauracja w „Hotelu Krasicki”, tuż obok zamku. Skusiła mnie zupa – krem z kasztanów i … to był dobry wybór. Niecodzienny, wysublimowany smak, ładnie podana potrawa i bardzo klimatyczne miejsce ( co widać na zdjęciach). A potem kaczka z pęczakiem i lekkim śmietanowym sosem i modra kapusta z żurawiną. Zręcznie dobrane smaki: wyrazisty smak mięsa z kaczki, delikatny, kremowy smak pęczaku z sosem migdałowym i kapusta, której smak wyrósł dzięki podkreśleniu przez dodatek żurawiny. Odczuwa się tu wyraźnie doświadczenie i kunszt szefa kuchni i twórcy przepisów.

DSC_0231

Zobacz więcej

Kociołek z sandaczem i szyjkami rakowymi w Giżycku…wakacyjnie ;)

Ahoj! Witam Was tak po marynarsku, bo choć nie ma tu  morza, to wody wkoło pod dostatkiem, ponieważ  jestem w krainie największych jezior w Polsce, co już zdążyliście zauważyć po ostatnich moich wpisach. 😊 Miejscem, jakie odwiedziliśmy z kolegą  podczas  naszej wczorajszej wędrówki kulinarno – historycznej było Giżycko i jezioro Niegocin, twierdza i zamek, szyjki rakowe w kociołku i kolorowe piwo w restauracji „Papryka”. Oczywiście to on jest przewodnikiem od strony historycznej  i  wyszukuje ciekawe miejsca wędrówek, a ja szperam, gdzie można coś  ciekawego zjeść, a potem staramy się to ciekawie połączyć. Bywa też tak, że miejsca pojawiają się spontanicznie… gdzieś z okna wypatrzony szyld z jedzonkiem albo… wieżyczka zamku. Giżycko to ładne, zadbane i typowo turystyczne miasteczko. I znów fakt, że do sezonu jeszcze trochę czasu spowodował, że nie było nigdzie tłoczno. Twierdza ukazała się w swojej wielkości i przemyślności. Zamek wyremontowany  i zagospodarowany na hotel pozwalał wyobrazić sobie swoją dawną rolę. Jezioro i jego skrząca od słońca tafla…  zacumowane, kołyszące się na wodzie kutry… śpiewające mewy… to wszystko  powodowało wakacyjny nastrój😊Restauracja wypatrzona ( dzięki menu na szybie) z okna,  mile zaskoczyła Kociołkiem Rybaka z filetami sandacza i rakowymi szyjkami w cudownie, po mistrzowsku doprawionym rosołku z pomidorami –odpowiednia ostrość, niezbędny kwas przysługujący daniom z ryb, lekka słodycz pomidora, zielenina, cały czas  podgrzewane w kociołku –  palce lizać! 😉 Do tego grzaneczka i w, moim przypadku, zielone piwo (z syropem kokosowym i curacao). Moje podniebienie zostało zadowolone 😉

DSC_0083

Zobacz więcej

Wykwintne ślimaki…kołduny baranie w prawdziwym rosole i ruiny zamku w Szestnie

Dzień doberek 😊 Jakże przyjemnie jest na wycieczkach historyczno – kulinarnych…to ja wiem! A Wy sobie możecie tylko wyobrazić… no i pozazdrościć 😉 Czasem można na  drodze tych  wędrówek spotkać ciekawych ludzi, którzy całkiem bezinteresownie poświęcą Ci swój czas….czyli można jeszcze dziś odnaleźć w człowieku człowieka…Wtorkowa trasa zaprowadziła nas do ruin zamku w Szestnie. I były to faktycznie …ruiny. Potrzeba było dużej wyobraźni, żeby zobaczyć w tym miejscu zamek. Tuż obok niepozorny budynek – Zajazd Staropolski, o wyglądzie i wyposażeniu…z lat …trochę wcześniejszych – sami zobaczcie na zdjęciach i oceńcie. Moja kulinarna ciekawość spowodowała, że jednak tam weszliśmy – i bardzo dobrze. Pani Zosia, prowadząca lokal uraczyła nas opowieściami o swojej pasji, jaką jest gotowanie (rozumiałam ją wyjątkowo dobrze😊 ), o historii lokalu, recepturach….itd. – to było przyjemne. Ale co mnie najbardziej zachwyciło to smak ślimaków z masełkiem czosnkowym i maciupeńkie kołduny z mięsem baranim, podane w prawdziwym rosole – żółciutkim, z okami tłuszczu. Wszystko doprawione tak jak lubię, czyli ze smakiem. Czyż przygody nie są piękne…?

DSC_0055

Zobacz więcej